FOR kontra globalne ocieplenie

Posted: 22 sierpnia 2014 in Akslop

Wszyscy chyba już widzieli materiał z cyklu „FOR ostrzega”, w którym szacowny ów think-tank skrytykował politykę klimatyczną Unii Europejskiej, zdradzając przy okazji pewne, nazwijmy to, niezrozumienie nauki o klimacie. Kluczowy fragment brzmiał tak:

„Wymogi klimatyczne UE zmuszają zarówno rządy, jak i przedsiębiorstwa do wypełniania zaleceń, które nie mają wystarczającego uzasadnienia w naukach przyrodniczych: część badań dowodzi, że wzrost średniej temperatury Ziemi i poziomu dwutlenku węgla w atmosferze jest wynikiem naturalnych procesów, zachodzących co ok. 25 tys. lat (por. Robert H. Essenhigh, 2009; Shackleton, Opdyke, 1973). Takie też wnioski wypływały początkowo z badań Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC), póki zmian nie nakazały niektóre państwa.”

Takie stwierdzenie sprawiło, że brwi uniosły się nie tylko mnie, prostemu wyrobnikowi medialnemu, który raz na jakiś czas napisze coś tam o energii, klimacie czy ochronie środowiska, ale takim killerom jak np. prowadzący bloga Doskonale Szare, który we właściwym sobie precyzyjnym stylu zdebunkował uproszczenia i przekłamania FOR. Na wpisie skorzystałem i ja, ponieważ na jego podstawie wysmażyłem maila do (współ)autorki materiału FOR Anny Czepiel.

„Po pierwsze, nie sprawdziła Pani, że w swoim artykule Essenhigh, wyciąga błędne wnioski co do koncentracji CO2 w atmosferze, co zresztą zostało sprostowane w tym samym numerze pisma, w którym Essenhigh opublikował swój artykuł” – mądrzyłem się w mailu, wiedząc że za moimi wątłymi plecami stoi potęga Doskonale Szarego.

I dalej: „Po drugie, drugi artykuł, na jaki powołuje się Pani tekst nie ma nic wspólnego ze zmianami klimatu, ponieważ traktuje o klimacie w plejstocenie.”

I wreszcie: „Po trzecie, w Pani tekście znalazły się nieprawdziwe stwierdzenia dotyczące wniosków nt. pochodzenia zmian kliamtycznych rzekomo zawartych w raporcie IPCC. Twierdzenie te oparła Pani na depeszy AP, niemniej jednak źródło w przypisie nie prowadzi do materiału AP, a do bloga, który omówił tę depeszę, pomijając istotne fakty, np. wiarygodne wyjaśnienie „przerwy” w ocieplaniu się klimatu.”

Następnie zadałem kilka pytań:

1. Dlaczego powołuje się Pani na artykuł zawierający rażące błędy, na dodatek sprostowane w tym samym numerze pisma „Energy and Fuels” (swoją droga nie jest to pismo zajmujące się nauką o klimacie)?

2. Jaki związek z tematem ma artykuł o klimacie w plejstocenie, na który powołuje się Pani w swoim tekście?

3. Dlaczego nie powołuje się Pani na depeszę AP nt. IPCC, tylko na jej błędne i utrzymane w tonie sensacji omówienie? Dlaczego nie odwołuje się Pani bezpośrednio do raportu IPCC?

Nie spodziewałem się odpowiedzi, ale, jak się zdaje, wokół sprawy zrobił się mały szumek, skutkiem czego i ja otrzymałem okruszek z pańskiego stołu w postaci odpowiedzi Anny Czepiel wraz z prośbą o opublikowanie jej w całości, jako „oświadczenia”. Voila!

„Celem analizy FOR nie było udowodnienie, że globalne ocieplenie nie jest dziełem człowieka, tylko że polityka klimatyczna Unii Europejskiej z dużym prawdopodobieństwem jest szkodliwa dla polskiej gospodarki.

Fragment dotyczący kwestii antropogeniczności globalnego ocieplenia ma zaledwie kilka linijek. To prawda, że lista opracowań, na które powoływaliśmy się w tej kwestii, mogłaby być bardziej dopracowana i rozszerzona. Moglibyśmy wymienić o wiele więcej analiz podających w wątpliwość słuszność prowadzenia „polityki klimatycznej” – np. Matt Ridley z czasopisma „The Spectator”, powołując się na artykuły naukowe, stwierdza, że globalne ocieplenie, niezależnie od jego przyczyn, będzie mieć pozytywny wpływ na gospodarkę: obniży ceny energii i zwiększy wydajność rolnictwa.

Słuszność prowadzenia takiej polityki przez UE czy rządy poszczególnych państw negują też wyniki analizy opublikowanej przez Uniwersytet Króla Jana Karola w Madrycie, według której prowadzona w Hiszpanii polityka wsparcia sektora zielonej energii, która kosztowała 28,7 mln euro, sprawiła, że w latach 2000-2008 w przeliczeniu na 1 stworzone „zielone” miejsce pracy zniknęły 2,2 miejsca zatrudnienia w innych sektorach – zatem łącznie pracę straciło 110 tys. osób.

Ponadto niezależnie od tego, czy globalne ocieplenie jest dziełem człowieka, czy nie, zasadność polityki klimatycznej UE jest wątpliwa ze względu na to, że – jak przyznaje sama Komisja Europejska – UE jest odpowiedzialna za jedynie 11 proc. światowej emisji dwutlenku węgla przez człowieka.”

No więc tak. Nadal nie wiem, co materiale FOR robił odnośnik do artykułu o klimacie plejstocenu i skąd powoływanie się na IPCC poprzez omówienie depeszy AP na denialistycznym blogu. Jako się rzekło na wstępie, jestem tylko małym żuczkiem, może ktoś ważniejszy będzie miał więcej szczęścia?

11 mm Wybrzeża na Polaka*

Posted: 29 lipca 2014 in Akslop

zbozeNa reaktywację bloga wybrałem temat, którym skrótowo zająłem się rok temu z okazji wakacji. Napisałem wtedy, że atrakcyjność wsi Karwieńskie Błoto Drugie polega na tym, że nie przewalają się przez nią tłumy letników, a to dlatego, że wieś jest mała: składa się z jednej ulicy, po obu stronach której budynki stoją na ogół w jednym rzędzie, otoczone polami poprzecinanymi rowami melioracyjnymi, co nie wygląda zbyt malowniczo w tekście, ale bardzo malowniczo w naturze.

Mało letników oznacza luźną (nierzadko wręcz pustą) plażę i mało odpustowego handlu, hałasu i brudu, co z kolei oznacza, że jest to miejsce w sam raz dla mnie i rodziny. Oraz innych rodzin, dla których wypoczynek polega na wypoczywaniu, a nie snuciu się wśród tandety i biegu na plażę o 8 rano w nadziei, że jeszcze znajdziemy dwa metry kwadratowe wolnego miejsca.

Myślałby kto, że ta oaza spokoju zawdzięcza trwanie mieszkańcom, którzy w trosce o zachowanie spokojnego letniskowo-rolniczego (paru gospodarzy jeszcze się uchowało) charakteru miejscowości, nie budują na potęgę pokracznych pensjonatów, tak jak np. w pobliskiej Karwi. Dzięki temu z tłumu ciągnącego na polskie wybrzeże są w stanie przyciągnąć jakiś procencik tych, którzy dopłacą parę peelenów za spokój i niekrzykliwą okolicę.

Tymczasem okazuje się, że o mój spokój zadbało państwo, ponieważ, jak to zwykle bywa, puścić wszystko na żywioł w imię rozwoju, przedsiębiorczości i innych farmazonów z których złożona jest neoliberalna narracja polskiego kapitalizmu, skutkuje czymś takim, jak na obrazku zalinkowanym w poprzednim akapicie. No po prostu raj na ziemi.

Co państwo zrobiło? Państwo, a dokładniej urząd pomorskiego konserwatora zabytków, wpisało wieś i jej większą siostrę Karwieńskie Błoto Pierwsze do rejestru zabytków, jako teren z wartościowym i rzadkim już w Polsce i Europie zespołem ruralistyczno-kanalizacyjnym. Czyli wspomnianymi polami i rowami melioracyjnymi. Fachowo nazywa się to zabudowa na planie rzędówki bagiennej. Jednym z ograniczeń, jakie przyniosło wpisanie wsi do rejestru, jest zakaz budowy czegokolwiek trwalszego niż altanki or compatible poza pasem o szerokości 60 metrów, na którym mieści się obecna zabudowa.

Zaczął sie raban. Mieszkańcy, wsparci przez lokalnych polityków takich jak poseł PO Jerzy Borowczak, argumentowali, że od czasów Holendrów, którzy założyli obie wsie na przełomie XVI i XVII wieku (strona internetowa gminy Krokowa podaje, że starosta pucki Jan Wejher sprowadził osadników z Fryzji na te tereny w 1599 roku), nastąpiło już tyle zmian, że mowy nie ma o zachowanym dawnym charakterze obu wsi.

Wg mieszkańców, zgrupowanych w Stowarzyszeniu na rzecz Ochrony Właścicieli Działek oraz Zagospodarowania terenu Karwieńskie Błoto, nie wiadomo jaki okres rozwoju wsi ma być chroniony. Po „olęderskim” nie ma właściwie śladu, piszą członkowie Stowarzyszenia, ponieważ całkowicie zatarły go zmiany – głównie XX-wieczne – takie jak budowa nowych domów nijak mających się tradycyjnej architektury obu wsi (jaka szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia pięknemu dwupiętrowemu klocowi, ale od czego Gugiel?), wykopanie nowych rowów melioracyjnych itd. A jeśli nie „olęderski” to jaki, pyta Stowarzyszenie, sugerując, że z późniejszych dziejów wsi nie zachowało się nic, co warte jest ochrony konserwatorskiej.

„Szansą dla mieszkańców mogła być agroturystyka, bo z Błot niedaleko do morza i najczyściejszej plaży w rejonie. Dlatego właściciele terenów podzielili je na małe działeczki rekreacyjne – po 800-1000 m. I zaczęli sprzedawać mieszkańcom całej Polski. Ci chcieli się budować w urokliwej okolicy, ale napotkali na przeszkody, odkrywając, że wieś to zabytek” – napisał w 2012 roku Dziennik Bałtycki.

(Dodam od siebie, że nie „mogła być” a jest, tylko w skali deko mniejszej od tego, co marzy się mieszkańcom, o czym poniżej.)

Jak dowiadujemy się od Stowarzyszenia – którego zasadnicze dla sporu pismo zamieścił na swojej stronie poseł Borowczak – „problem konfliktu społecznego wobec ustanowienia zabytku dotyczy wg danych Starostwa ok. 2900 działek”.

A więc tak: dwa tysiące dziewięćset działek na sprzedaż pod zabudowę, albo po prostu pod zabudowę. (Tak przy okazji to w tej chwili działki we wsi chodzą po ok. 250 zł za metr.) Jeżeli wpis zniknie z rejestru, kolejny kawałek wybrzeża zostanie do szczętu zagospodarowany – z pożytkiem dla właścicieli, za to z mniejszym pożytkiem dla pewnej niezbyt licznej grupy letników. A potem przyjedzie tam Filip Springer (szacunek), pisać kolejną część „Wanny z kolumnadą”.

Notka będzie właściwie bez pointy. Właściwie napisałem ją ze smutku, bo pewien jestem, że wpis do rejestru prędzej niż później zostanie zniesiony i będę musiał szukać kolejnego miejsca na wypoczynek. A na wczasy na kostce Bauma w dawnej olęderskiej wsi zawsze znajdą się chętni.

*tytuł zainspirowany komentem Inż. Mruwnicy na FB.

zuraw

Rodzinna fama głosi, że, dziecięciem będąc, niezwykle byłem zainteresowany ornitologią: na wyrywki znałem rozmaite atlasy ptaków, prowadziłem obserwacje, zapiski itp.

Coś we mnie zostało z tych lat, ponieważ uwagę moją zwrócił fragment homilii biskupa Józefa Zawitkowskiego w czasie mszy dożynkowej w Częstochowie w sierpniu tego roku. Według relacji red. Marka Mamonia, biskup zatęsknił był za wsią swojego dzieciństwa, a tęsknotę wyraził banalnie – przez lament nad złym stanem wsi współczesnej, osobliwie nad stratami wśród – jak to fachowo określają ornitolodzy – ptaków krajobrazu rolniczego. Całość homilii, czy może raczej tyrady na nowoczesność, tutaj.

– Pośród was nie ma już rasowych chłopów, nie ma już rolników. Zostali tylko producenci, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Wy już nie znacie wołania przepiórek: Pójdzie żąć! U Was już nie słychać śpiewów skowronka. Jaskółek już nie ma. Bociany, babie lato, żurawie, kuropatwy, zostały tylko na obrazach Chełmońskiego z moich Boczek i z Kulkówki – powiedział Zawitkowski.

Zaciekawił i zaniepokoił mnie ten nagły pomór sympatycznych gatunków ptaków. Należą one do gatunków pospolitych, lecz bynajmniej przez to nie mniej ważnych od gatunków rzadkich.

„Tradycyjnie ochrona różnorodności biologicznej koncentruje się na gatunkach rzadkich jako najbardziej zagrożonych szybkim wymarciem. Nie zmienia to jednak faktu, że funkcjonowanie ekosystemów jest przede wszystkim zależne od tego, co dzieje się z gatunkami występującymi najliczniej. Większość przepływu materii i energii w ekosystemach zachodzi z udziałem gatunków pospolitych, a nie rzadkich. Co więcej, rozmieszczenie obszarów o szczególnie dużej różnorodności gatunkowej (biodoversity hotspots) jest determinowane nie tyle poprzez lokalne nagromadzenie występowania gatunków rzadkich, ile poprzez działające w dużej skali przestrzennej wzorce rozmieszczenia gatunków pospolitych” – piszą autorzy opracowania, o którym za chwilę.

Spieszę donieść zafrasowanym ptakolubom i wszystkim lubiącym przyrodę, że biskup Zawistowski zagalopował się nieco  – delikatnie ujmując – w odmalowaniu apokalipsy, jaka spotkała wymienione przez niego gatunki.

Jak to biskup, Zawistowski przedłożył dramatyczny efekt nad rzeczowość i rozwinął przed zgromadzonymi na Jasnej Górze rolnikami ponurą wizję manufaktury rolniczej, ostatecznie niszczącej wieś i wiejska bioróżnorodność, którą biskup pamięta z młodości i kart Reymonta.

Tymczasem wystarczyło usiąść przed komputerem – lub zlecić klerykowi – żeby odnaleźć opublikowany w zeszłym roku „Atlas pospolitych ptaków lęgowych Polski. Rozmieszczenie, wybiórczość siedliskowa, trendy”, autorstwa Lechosława Kuczyńskiego i Przemysława Chylareckiego, wydany w ramach Biblioteki Monitoringu Srodowiska przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska. Tak na marginesie: atlas to rezultat 10 lat pracy, liczenia ptaków, analizy danych i mnóstwa innych typów żmudnej naukowej pracy – gratulacje!

Wracając do danych zaprezentowanych przez biskupa Zawitkowskiego, nie wytrzymują one zestawienia z danymi z „Atlasu”, z czego biskup mam nadzieję się ucieszy.

Biskup wymienił jaskółki, bociany, żurawie, kuropatwy, jako gatunki, których już nie ma (oczywiście przyjmijmy, że he didn’t mean it, że jednak jakieś tam są, ale nie tyle co drzewiej, kiedy Boryna wychodził siać), skowronka, którego spiewu już nie słychać (chyba nie będzie nadużyciem, jeśli napiszę, że skoro śpiewu skowronka nie słychać, to i samego skowronka nie uświadczysz), oraz przepiórkę, która nie nawołuje do żęcia (analogicznie do skowronka – nie woła, czyli coś się z nią stało).

Zajrzyjmy do „Atlasu”. Na przykład trend dla populacji kuropatwy został określony jako „stabilny”, a „liczebność, jak i rozpowszechnienie nie zmieniły się istotnie od 2000 r” – piszą autorzy. Patrzcie państwo, 12 lat degrengolady Ojczyzny, a kuropatwa nic. Osobliwie, z mapy w „Atlasie” wynika, że na północy i zachodzie Polski faktycznie kuropatwę spotkać niełatwo, natomiast od centrum (trzeba trafu: mniej więcej tam gdzie leży diecezja łowicka, która zarządza biskup Zawitkowski) ku wschodowi, kuropatw mamy coraz więcej. W żadnym wypadku nie można powiedzieć, że zostaly tylko u Chełmońskiego. Szczegóły: klik.

W przypadku żurawia jest jeszcze lepiej, należy on bowiem do „gatunków wykazujących w ostatniej dekadzie najsilniejszy wzrost liczebności i ekspansję terytorialną na terenie Polski” – piszą autorzy „Atlasu”. A więc znów pudło, księże biskupie. Podobnie jak w przypadku skowronka.

Jedynie przepiórka faktycznie może już nie woła, żeby żąć, ponieważ akurat jest jednym z kilku gatunków opisanych w „Atlasie”, dla których klasyfikacja IUCN na terenie Polski została ustalona na VU (vulnerable). Zdecydowana większość ma status LC (least concern).

Odniesienia do jaskółki nie mogę skomentować na podstawie „Atlasu”, ponieważ biskup Zawitkowski nie był łaskaw sprecyzować, czy chodzi mu o oknówkę, brzegówkę, czy dymówkę. „Atlas” zawiera informacje tylko na temat tej ostatniej (trend PL: umiarkowany wzrost).

Rozumiem ubolewanie biskupa Zawitkowskiego nad upadkiem człowieka, ale analizę kondycji polskich ptaków proszę pozostawić fachowcom.

Nie chcę sugerowac, broń Boże, że ochrona ptaków w Polsce jest niepotrzebna, tylko dlatego, że hierarcha dla efektu powiedział kilka głupot. Przeciwnie, „Atlas” stanowi świetne źródło informacji również na temat tego, co należy zrobić, żeby populacje ptaków pospolitych nie zmniejszały się (kto wiedział, że poczciwy gil ma już status VU, skutek zmniejszania się populacji o 40 procent co 10 lat?). Ale i ksiądz biskup miałby tu rolę do odegrania: zamiast wysyłać wiernych do muzeów z Chełmońskim, mógłby zachęcić ich do dbania o polską ptasią bioróżnorodność, bez wątpienia unikalną w Europie.

Przed wyjazdem na wakacje oddałem do zaprzyjaźnionej redakcji tekst. Redakcja oczywiście zaplanowała sobie pracę nad nim w czasie mojego nadmorskiego lenistwa, czego skutkiem było wstawanie skoro świt, żeby odpowiadać na maile i szukać informacji w Google’u (no bo skąd dobrą bibliotekę? W Gdańsku może, za daleko). W końcu opublikowali.

Wróciłem z wyjazdu na polską Rivierę, która, wbrew obawom i dominującemu dyskursowi, okazała się a) słoneczna i upalna, b) niedroga oraz c) niezadeptana przez stonkę, dla niepoznaki zwaną „turystami” (co wspólnego ma turysta z karkiem pijącym piwo na ulicy z odpustowymi straganami – widok z Karwi, o czym trochę niżej – nie mam pojęcia).

Nadmorska wieś, gdzie spędziłem ostatnie dwa tygodnie, jeszcze opiera się stonce, zapewne ze względu, że nie ma w niej bankomatu, poczty, apteki, oraz wątpliwej estetyki przybytków sprzedających gofry, lody i inne wakacyjne badziewie. Tzn. gofry, lody i badziewie kupić można, ale z zorganizowanych dość ad hoc punktów mieszczących się w poszczególnych pensjonatach.

Co smuci, to fakt, że w porównaniu z poprzednim moim pobytem, liczba okienek wydających gofry, lody i badziewie zdecydowanie wzrosła i wkrótce reklamowanie okolicy jako spokojnej i niezatłoczonej straci rację bytu. Liczne pensjonaty mają teraz własne jadłodajnie, a niektóre organizują nawet potańcówki przy disco, bynajmniej nie światowym, if you know what I mean.

W ten sposób zarabianie szmalu na letnikach, opierający się na zgodnym – jak dotąd – z rzeczywistością reklamowaniu okolicy jako niezatłoczonej i czystej, zmierza ku fundamentalnej zmianie. Już niedługo trzeba będzie się reklamować jako „popularna miejscowość nadmorska” czy coś w tym stylu.

Co się kryje za popularnością miałem okazję przekonać się gdy, chcąc nie chcąc, udałem się do Karwi do bankomatu. Holy camoly! Ten, kto decyduje się spędzać tam wolny czas musi być jakiś… dziwny.

Po zjeździe z pola na dziurawą jak sito ulicę, otrzymałem prawie śmiertelną dawkę koszmarnej estetyki masowego wypoczynku: pensjonaty o tragicznej architekturze odsunięte kilka(naście) metrów od ulicy, przy której rzędem zalęgły się, jak robale w popsutym mięsie, stragany sprzedające syfiaste (na ogląd, przecież nie będę próbował) lody, gofry, rurki z kremem oraz plastikowy szajs, którym naszym dzieciom może wydawać się niezbędny na plaży (to wspaniałe uczucie, kiedy własne dziecko, patrząc na ten asortyment, głośno orzeka „Tata, ale tandeta!”). Wśród tego syfu snujący się ludzie, którym ktoś powiedział, że tak jest fajnie.

No i dobrze, bo co działoby się w mojej wsi, gdyby tak nie myśleli?

Dobrze pisze nie w sensie, że chwali, tylko podsumowuje zamieszanie wokół raportu Maciusia. Kluczowy fragment w kontekście moich poprzednich notek:

Jeszcze na konferencji prezes Janiak mówił, że procent i liczba głodnych dzieci dotyczą tylko tych z najmłodszych klas 1-3. Kiedy rozpętała się awantura, jego pracownicy zaczęli tłumaczyć, że chodzi o co dziesiąte dziecko, ale ze wszystkich klas szkół podstawowych. Dziś na stronie fundacji można przeczytać, że chodzi o co dziesiąte spośród wszystkich dzieci w Polsce. Z dopiskiem „prawie”.

Reszta tu.

Trzeba było około tygodnia i licznych komentarzy pod artykułami nt. 800 000 głodujących i niedożywionych dzieci w Polsce, żeby głos zabrał mainstream w postaci prof. Czapińskiego, który pokazał fundacji Maciuś właściwe miejsce na jej raport – kosz.

Na krytykę Czapińskiego odpowiedziała fundacja i firma (ten sam link), która przeprowadziła badania, ani słowem nie wspominając o wyssanym z brudnego palucha procencie, jaki rzekomo stanowi te 800 000 głodnych bachorów w ogólnej liczbie dziatwy szkolnej (albo tej z klas 1-3, cholera wie w końcu o jakie dzieci chodzi).

Fundacja Maciuś stwierdza jedynie, że „skala problemu jest bardzo poważna i Polska Fundacja Pomocy Dzieciom „Maciuś” szacuje ją na poziomie 800 000 dzieci. Na początku przyszłego tygodnia Fundacja udostępni na swojej stronie internetowej dodatkowe materiały o niedożywieniu oraz dane i komentarze z innych badań i źródeł”.

Osiemset tysięcy dzieci, to proszę Fundacji, jakies 36 procent procent dzieci ze szkół podstawowych i około 20 procent dzieci uczęszczających do szkół w

bez nazwy

Polsce. No nijak nie da się z tego urobić Waszych 10 procent. Nie chce mi się rozpatrywać kolejnych możliwości (może chodzi o dzieci w wieku 0-13? Może o wszystkich poniżej 18. roku życia?), zrobił to już za mnie niejaki docsnugg.

Dla pewności sprawdzam, czy aby fundacja cichaczem nie zredagowała treści dotyczących raportu o głodnych dzieciach: jak dotąd nie.

Wklejam też screen grab ze strony fundacji, żeby potem nie było, że manipulacja i atakujom niosących pomoc!!!

 

 

Kto parę dni temu wszedł na strony gazety.pl/TOK FM mógł powzruszać się losem głodnych dzieci. Przerażające dane ujawniła fundacja Maciuś za pośrednictwem robotnika zmianowego portalozy o symbolu „sia” posiłkującego się depeszą Polskiej Agencji Prasowej.

„Z obserwacji osób pracujących z dziećmi – nauczycieli, pracowników ośrodków pomocy społecznej – w Polsce niedożywione jest co dziesiąte dziecko z pierwszych trzech klas podstawówki, czyli ponad 800 tys. dzieci,” doniósł robotnik zmianowy portalozy sia za PAP-em (a ten za Maciusiem).

Jeżeli 800 000 dzieci to nędzne 10 procent ogólnego stanu uczniów klas 1-3, oznacza to, że w klasach tych mamy osiem milionów dzieci. Wspaniale!

Doświadczenie rodzica z dzieciatego Ursynowa podpowiadało mi jednak, że jeśli w kraju mamy aż osiem milionów uczniów klas najmłodszych, to musi być to jakoś widoczne również szkole mojego dziecka. Przepełnione klasy, nauka na 2 zmiany, klasy oznaczone od a do k? Jakoś nie zauważyłem.

Oczywiście  zauważyć nie mogłem, bo to, co udostępnił światu robotnik zmianowy portalozy zostało wyssane z brudnego palucha szefa fundacji Maciuś Grzegorza Janiaka. Według Ministerstwa Edukacji, w roku szkolnym 2011/2012 do szkół podstawowych uczęszczało 2,19 miliona uczniów (strona 63).

Jeszcze przez chwilę łudziłem się, że bzdura, którą za PAPem powielił rob. zm. portalozy, to efekt niezrozumienia raportu fundacji Maciuś i/lub przeinaczenia słów Grzegorza Janiaka. Okazuje się, że nie. Wyciąg z raportu sporządzony dla mediów twierdzi jasno, że „w opinii nauczycieli, pracowników szkół i pracowników ośrodków pomocy społecznej, co dziesiąte dziecko w Polsce jest niedożywione”. I tuż poniżej, większymi literami, coby rob. zm. portalozy nie umknęło: „Oznacza to, że około 800 000 dzieci w naszym kraju cierpi głód lub potrzebuje natychmiast dodatkowych posiłków. Mówimy tu tylko o młodszych dzieciach, które uczą się w klasach 1-3.”

W pełnej wersji raportu wyrażenia „800 000 dzieci” i „klasy 1-3” co prawda nie występują obok siebie, niemniej jednak czytamy najpierw, że „Skala problemu jest ogromna. W opinii nauczycieli, pracowników szkoły i pracowników ośrodków pomocy społecznej prawie, co dziesiąte dziecko w Polsce  jest niedożywione. Oznacza to, że około 800 000 dzieci w naszym kraju cierpi głód lub potrzebuje natychmiast dodatkowych posiłków”. I parę stron dalej: „Pracownicy szkół i pracownicy OPS/PCPR szacują, że prawie, co dziesiąte dziecko  z klas 1-3 dotyka problem niedożywienia.” Za pierwszym razem mamy więc 800 000 dzieci z nie wiadomo ilu, a za drugim „co dziesiąte” dziecko – również z nie wiadomo jakiej liczby.

Załóżmy, że faktycznie co dziesiąte dziecko uczęszczające do szkoły podstawowej jest niedożywione. Daje to nam ponad 200 000 dzieci. Widocznie byłoby to trochę za mało dla Grzegorza Janiaka. Od czegóż jednak portaloza, której można z powodzeniem wcisnąć podpimpowane statystyki, na które łapie się nawet Monika Olejnik?

Na koniec mam dla pana Janiaka dobrą wiadomość – na liście organizacji pożytku publicznego, z której wybiorę sobie tę jedną do obdarowania jednym procentem moich podatków i tak nie było Maciusia. W sumie nic Pan nie straci.

 

Na blogowisku Rzeczpospolitej, tym, na którym możemy skomentować to, co piszą autorzy tej gazety (tu tradycyjny tag #upadekpraspapierowej), Filip Memches napisał był notkę, pytając w tytule czy ciało Anny Grodzkiej zostanie zbawione.

Wywód Memchesa prowadzi go do wniosku, że teorie genderowe to fałsz: mężczyzna pozostanie mężczyzną, a kobieta kobietą gdyż „decydują o tym geny, a nie psychiczne czy fizyczne traumy,” a „ciała nie da się oddzielić od duszy, a duszy od ciała.” Notka kończy się pytaniem: Tylko co zrobić z ciałem, które po serii operacji na nim przestanie do duszy pasować?

Nie bardzo wiadomo, w jaki sposób treść notki Memchesa ma pasować do Anny Grodzkiej, której właśnie operacja zmiany płci przywróciła zgodność ciała i duszy, trzymając się stylu Memchesa. Chyba, że Memches uważa, że skoro Grodzka urodziła się jako mężczyzna, to powinna przyjąć ten fakt po męsku na klatę, zamiast dać się uwieść genderowym bzdurom.

Przykładem z tzw. życia na złe skutki genderowego zaczadzenia jest, według Memchesa, Genesis P-Orridge. Pisze Memches: „Artysta i jego młodsza o prawie 20 lat żona Lady Jaye postanowili się w akcie specyficznie pojętej miłości wzajemnie do siebie upodobnić. Projekt ten określili mianem „pandrogynii”. Poddali się więc serii operacji płci, które miały przemienić ich w istoty płciowo „neutralne”.

Mnie zdziwił w ogole dobór przykładu. Genesis P-Orridge! Nie jestem szczególnie namiętnym czytelnikiem prawicowej pubicystyki, ale zawsze zastanawiałem się, jacy artyści (u)kształtowali Wildsteina, Ziemkiewicza, Memchesa i innych. Czy na ścianie woleliby mieć Malewicza czy Matejkę? Czy jako młodzi ludzie na gramofonie kładli „czwórkę” Dezertera czy Perfect? Czy lata 70. to dla nich Throbbing Gristle czy Genesis?

Niestety, niewiele wiemy o artystach, a już prawie w ogóle o muzykach, którzy ukształtowali prawicowych publicystów. Prominentni lewaccy dziennikarze, tacy jak WO czy Krzysztof Varga, często odwołują się do swoich muzycznych fascynacji w swoich tekstach. Ba! Nawet podkreślają, że punkowanie miało znaczący wpływ na ich dorosłe życie.

Prowadzi mnie to do hipotezy, że Memches Porridge’a zwyczajnie wyguglał i notka to nie efekt mężnego zmierzenia się z młodzieńczą fascynacją. Szkoda!

Wyobrażam sobie Memchesa zasiadającego do tekstu o ciele, duszy i Annie Grodzkiej przy dźwiękach The Third and Final Report, ale, wiedziony niefortunnym (zbawiennym) podszeptem losu (przeznaczenia), opóźnia pisanie lidu na rzecz przeczytania czegoś o zespole i przywołania czasu młodości.

W kilka zaledwie minut Genesis P-Orridge, Cosey Fanni Tutti i reszta przestają być odległym wspomnieniem, a stają się aktualnym wyrzutem sumienia (Memches: „Inspiracją dla niego [Porridge’a] była okultystyczna działalność czołowego satanisty pierwszej połowy ubiegłego stulecia, Aleistera Crowleya, który kontestował ustanowiony na gruncie cywilizacji europejskiej porządek moralny i społeczny”). Resztę notki pisze przy dookreślonej genderowo „Annie Marii”.

Wstyd

Obrazek  —  Posted: 19 stycznia 2013 in Akslop
Tagi: